• leczenie

    Nie znam się na finansowaniu służby zdrowia. Wiem to, co można wyczytać w książkach lekarzy (to literacko uzdolniona profesja) amerykańskich, argentyńskich, kanadyjskich, w okresowych komunikatach WHO, w prasie i to, co mówią znajomi i rodzina po świecie rozrzuceni – pieniędzy jest za mało, wszędzie. I jest to efekt nie tylko lawinowo drożejących nowoczesnych procedur i medykamentów, ale i tak szerokiego dostępu do usług medycznych, jakiego dotąd nie było. Z wyjątkiem enklaw odciętych od cywilizacji z pomocy medycznej starają się dzisiaj skorzystać wszyscy. I trudno się dziwić, to jest postęp, o który starano się przez stulecia. Pięknie, tylko o kosztach tego nie pomyślano na czas. Ponadto cały proces leczenia przestał być domeną jednego lekarza, a stał się elementem działania licznych instytucji – błąd, zaniedbanie, wada systemu mogą wystąpić na każdym etapie postępowania – diagnozowania, badań laboratoryjnych i dodatkowych, interpretacji danych, wnioskowania, wyboru terapii itd itp. Przeciętny szpital zatrudnia kilkaset osób. Błąd może popełnić każda z nich, a skutkuje to czasem odległymi roszczeniami. Kuzyn mój pracuje w Ohio (USA) mówi, że są hrabstwa (powiaty) w których nie ma ani jednej praktyki ginekologicznej – lekarzy nie stać na b.wysokie, wymagane w tym stanie ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej (jest to specjalność z trecią lokatą możliwości popełnienia błędu lekarskiego). Tylko duże, bogate szpitale mogą sobie pozwolić na fanaberię ryzykownych zabiegów (?) Mimo tego błędy zdarzają się nawet w klinikach Mayo (2,5%). Kanada uchodzi za kraj o wzorowej służbie zdrowia i zapewne tak jest, ale znajoma blogowiczka z uszkodzeniem nerwu łokciowego ma konsultacje ortopedyczne m/w raz na 9 miesięcy i od dwu lat czeka na decyzje czy będą robić zabieg, czy wystarczy rehabilitacja.. Widać o proteście lekarskim nie można inaczej, niż klęczkach. Ale może to i dobrze, bo dziś jestem po doświadczalnym sprawdzeniu sytuacji. Odwiedziłem mianowicie „swój” ZOZ (niepubliczny jak najbardziej, czyli – po ludzku – prywatny), bo akurat (taki zbieg okoliczności) kończyły mi się leki, w liczbie trzech. No i dostałem receptę. Na jeden była określona płatność 30%, na pozostałe dwa literka R, czyli, jak rozumiem, ryczałt. Gdybym chciał zastosować żelazną logikę Autora blogu (ze zdjęcia sądząc, lekarza), napisałbym, że w 100% protest nie wypalił. Przyznam że, wzbudziły moją nieufność. Po pierwsze: oczekiwanie, aby mianowany „Szef” był postacią jednoznacznie pozytywną w ocenie… Autora. To się nazywa maksymalizm oczekiwań. Chyba rzadko się spełnia.

    Po drugie: Autor zarzuca nowej pani prezes fałszerstwo. Rację ma nie ona (cynicznie łżąc?), ale sondaż Medycyny Praktycznej. Nie wiem, jaka jest wiarygodność sondażu, bo nic więcej na jego temat nie wiadomo (próba? zakres?).

    Co do błędów na receptach. Już w szkole podstawowej uczy się, że błędy w dyktandzie skutkują obniżeniem oceny. Niezależnie od tego, czy wynikają z niewiedzy, czy ze zmęczenia, czy z nieuwagi.

    A co do protestu skutkującego obciążeniami dla pacjentów: w naszej przychodni (prywatnej) dzisiaj bliskiej mi osobie wypisano receptę na leki z refundacją. Tak zresztą było i podczas protestów styczniowych.

    Słuchając doniesień medialnych i czytając niektóre komentarze, mam wrażenie, że żyję w jakimś innym kraju. Ale może to dobrze?Mam jednak: 1. poczucie, że moje osobiste doświadczenia nie są jednak powszechnie sprawdzalne; 2. nadzieję, że Autor-lekarz lepiej leczy, niż wnioskuje.Podobnie znajomy z Niemiec bywa u onkologa – androloga raz w roku i dostaje zalecenia dla lekarza rodzinnego. Ja, żeby uzyskać receptę na okulary, odwiedzałam okulistę trzy razy – co 2 tygodnie, mimo, że w zasadzie jestem osobą nie chodzącą (okazało się, że opłata dla okulisty wynosi ileś tam złotych w systemie i lekarz dzieląc badania na trzy części mógł sobie potroić stawkę. Gdybym o tym wiedziała, poszłabym do gabinetu prywatnego, to, co wydałam 3 krotnie na taksówki w obydwie strony, starczyłoby z naddatkiem na honorarium, a NFZ i tak dopłaca do okularów sumę nijak się mającą do kosztów). Czyli sprawa organizacji i przejrzystości systemu. Byłam świadkiem we Francji, jak znajomy z dyskopatią zapłacił za rtg i za wykup recepty, dostał rachunek i jeszcze tego samego dnia odesłał obydwa rachunki do swojej kasy chorych. Refundacja wpłynęła na jego konto po tygodniu (80% bodajże) czyli gabinet rtg i farmaceuta nie ma nic wspólnego z refundacją – oni otrzymują 100% wartości usługi od pacjenta, to pacjent dostaje refundację. Polacy mieszkają dzisiaj po całym świecie, korzystają z usług medycznych wszędzie i pewnie wszędzie narzekają. Wydaje mi się, że wypracowanie spójnego i wydolnego (w ramach możliwości, a nie marzeń) systemu finansowania publicznej służby zdrowia jest jednym z podstawowych zadań administracji państwowej i może to nastąpić tylko przy lojalnej współpracy pracowników służby zdrowia, ekonomistów i prawników. Niech to wreszcie ma ręce i nogi.


  • Commentaires

    Aucun commentaire pour le moment

    Suivre le flux RSS des commentaires


    Ajouter un commentaire

    Nom / Pseudo :

    E-mail (facultatif) :

    Site Web (facultatif) :

    Commentaire :